mówisz –  już nadchodzi, biegnie do ciebie z otwartymi ramionami.
niesie na rękach krwawe żniwo i nie zamierza przerwać mimo deszczu
witamin, leków, spokoju, troski i czułości.
idź odpocznij, zajmę się twoim życiem

– niesie na rękach krwawe żniwo i nie zamierza przerwać mimo deszczu.
kupię ci parasolkę albo oddam swoją. niech już cię krew nie zalewa.
idź odpocznij, zajmę się twoim życiem
– w końcu jestem lekarzem, powinienem cię uleczyć.

kupię ci parasolkę albo oddam swoją. niech już cię krew nie zalewa.
wchłonę to jak tampon, niech nie tworzą się skrzepy
– w końcu jestem lekarzem, powinienem cię uleczyć,
tylko jak mam się zabrać, skoro siebie nie potrafię.

Rozumiem Twoje rozgoryczenie, uciekłem bez daswidania.
Stoję po drugiej stronie barykady, tej dla tchórzy i więźniów politycznych.
Mnie też goni list gończy, jest smutnym dobermanem. Ma silne szczęki i twardy aparat

władzy. Sam widzisz, żelazna kurtyna przysłoniła mi światopogląd. Próbuję ją obalić,
ale bez pół litra będzie ciężko. Marks i Lenin to stabilna podstawa.
Zerkasz zza niej na gorszy lepszy świat.

To by było na tyle pustych refleksji. Teraz czekam na Twoje zeznania
z dnia poprzedniego. Nie wiem, czym się martwisz. I tak stoisz
na szczycie schodów. Masz stamtąd ładne widoki

na przyszłość. Coś Ci poradzę…
(Brak dalszej części spowodowany cenzurą.)

U mnie jest burza i burzy się świat doskonały.
Próbuję coś osiągnąć, ale niewiele wchodzi,
nie mówiąc już o wychodzeniu. Na zewnątrz

widoki są niezłe. Na przyszłość i przeszłość
mam już zaklepany wieczny odpoczynek
pod lipą. Zbuduję domek z krwistej cegły

- może popłynie w nim życie.

lemoniadowy Joe wyszedł na spacer. wziął pod pachę ulubione
lemon tree. po prostu czasem potrzebował zerwać myśl prosto z krzaczka
i natrzeć nią siebie. lemoniadowy Joe był

wariatem, częstował ludzi świeżo wyciśniętym kwasem.
czasem wyciągał broń, by móc odkurzyć i zabić.
lemoniadowy Joe nienawidził wszelakich westernów od dnia własnej śmierci.

obejrzał jeden, wypił cytrynę i poszedł spać. nigdy więcej go nie widziano.

Ktoś przewidział tę jesień. Duszną i tłoczną.
Muszę się przeciskać między minionymi źdźbłami trawy.
Lato deszczowe było i płodne. Poroniło sto kobiet.

Ktoś przewidział tę jesień. Na madejowym łożu
wylegiwać się jest wygodnie w oparach
opadłych liści, których jeszcze nie ma.

Ktoś przewidział tę jesień, bo staniała wódka.
Będziemy wznosić toasty za upadłe anioły.
Będziemy podnosić się z chodnika.

Kursywa pochodzi z: Towary Zastępcze Żółknięcie

gramatyka

Posted: 14 Sierpień 2010 in królika za uszy z kapelusza - poezja

rozmnażam wepchnięte w usta pocięte
frazy niech zaczną żyć
własnym życiem na podobieństwo
wymarłego wątku w mowie
naszej nieudolnie
powtarzanej

z wnętrza wydrapuję niechciane
wątki zmieniam składnie znaczenia
idee niech różnicują się w nas proste
zdania rosną spójniki przecinki
kropki

stare słowa sylaby litery
przeplatam spawam wykuwam
walcuję na nowe formy i
treści

odmieniam końce i
początki przez mniej lub bardziej ciekawe
przypadki przesuwam palcem wskazówki
czasów deklinując wciąż jeden
czasownik

wczoraj jeszcze obudziłbym cię ostatnią
garścią powietrza a dziś szkoda by było
butów by kopnąć

idę na ciebie pod prąd
to smutne nie rozumiesz
histerycznych manii i innych
żali nocną porą

spoglądając na twoje nieludzkie
obnażenie staram się wyłuskać
z łupin całą nagą prawdę
na darmo oszukuję ulicznych
sprzedawców bobu

patrzysz prosto oczami pełnymi
fałszywych nut i powykrzywianych
dźwięków na co dzień artykułowanych
na uspokojenie